Spis treści
Poranna akcja nad Odrą. Służby weszły na Bulwar Piastowski
Działania zainicjowano wraz ze wschodem słońca. Pracownicy Urzędu Żeglugi Śródlądowej pojawili się na zardzewiałych pokładach, a wsparcia udzielała im policja. Mundurowi odgrodzili Most Długi oraz pobliskie nabrzeże nad Odrą, by po godzinie 7:00 rozpocząć przecinanie grubych stalowych lin, które od wielu sezonów mocowały wraki do brzegu.
Uczestniczący w zdarzeniu wojewoda zachodniopomorski, Adam Rudawski, otwarcie przyznał, że to koniec wieloletnich i wyczerpujących zmagań z właścicielem.
- Po ponad dwóch latach nieskutecznych prób odholowania statków przejąłem tę akcję i wydałem postanowienie o wykonaniu zastępczym – podkreślił polityk w swoim oświadczeniu.
Kary nie odstraszyły właściciela statków
Posiadacz obu jednostek – na co dzień mieszkaniec Szczecina – przez długi czas systematycznie ignorował wezwania administracyjne. Nie regulował należności za zajmowanie przestrzeni przy miejskim deptaku, unikał robienia badań technicznych i stanowczo sprzeciwiał się utylizacji. W rezultacie nałożono na niego ponad 40 tysięcy złotych sankcji, z których urząd skarbowy zdołał pobrać 30 tysięcy złotych zaliczki na pokrycie kosztów operacji holowniczej.
- Statek zagrażał mieszkańcom. Można było wejść na pokład bez żadnych przeszkód, a raz doszło już do pożaru. Sytuacja była absolutnie wyjątkowa – wyjaśniał dalej wojewoda, tłumacząc powody drastycznej interwencji.
Zagrożenie dla żeglugi w Szczecinie
Dr inż. Piotr Durajczyk, kierujący pracami Urzędu Żeglugi Śródlądowej, całkowicie potwierdził obawy urzędników dotyczące gigantycznego niebezpieczeństwa, jakie stwarzały obie rdzewiejące jednostki na rzece.
- Przepisy są jasne: statki cumujące na drogach wodnych o międzynarodowym znaczeniu muszą mieć ważne dokumenty bezpieczeństwa. Te jednostki ich nie miały – wskazał kategorycznie dyrektor instytucji kontrolnej.
Zanim jednak rozpoczęto holowanie, fachowcy musieli zweryfikować, czy operacja przeniesienia kadłubów nie skończy się katastrofą. Jak się ostatecznie okazało, stan techniczny zewnętrznych powłok wraków wprawił ekspertów w zdumienie, gdyż zachował się w niespodziewanie dobrym stanie.
Dokąd trafią wycieczkowiec "Daria" i holownik "Konrad"?
W pierwszej fazie oba usunięte obiekty zostaną sprowadzone do specjalnego nabrzeża administrowanego przez Wody Polskie, gdzie ekipy techniczne wypompują z nich wszelkie szkodliwe płyny i przeprowadzą dokładniejszą wizję lokalną. Dopiero po tym etapie statki zostaną przetransportowane na docelowe cmentarzysko zlokalizowane w Kanale Odyńca, czyli dystans mniej więcej sześciu kilometrów na południe od centrum miasta.
To właśnie w tamtym miejscu, w otoczeniu przeszło stu podobnie niszczejących w wodzie barek (należących w głównej mierze do firm z Niemiec), obie jednostki zostaną pozostawione na stałe.
Koniec historii porzuconych statków
Zbudowana w 1967 roku „Daria” (początkowo pływająca pod szyldem MS „Agata”) przez dekady zapewniała rozrywkę turystom – najpierw w barwach Żeglugi Szczecińskiej, a w późniejszych latach dla prywatnych przedsiębiorców. Z kolei holownik „Konrad” służył jako wielozadaniowa jednostka robocza, którą dawniej wykorzystywano chociażby do kruszenia lodu na rzece oraz wykonywania skomplikowanych zadań hydrotechnicznych.
Obecnie oba zardzewiałe statki przestały pełnić rolę atrakcji, stając się jedynie symbolem długotrwałych zaniedbań. Ich definitywne zniknięcie to powód do zadowolenia dla całego miasta i ludzi oczekujących, że nadrzeczne bulwary odzyskają wreszcie swój reprezentacyjny charakter.