Tragiczna defilada wojskowa w Szczecinie pochłonęła życie dzieci
Zbrojna parada na szczecińskich Jasnych Błoniach wieńczyła manewry o kryptonimie „Gryf Pomorski 1962”. Wojska polskie, radzieckie oraz wschodnioniemieckie prezentowały tam potęgę całego Układu Warszawskiego. Ulice miasta wypełniły się ogromnymi tłumami, ponieważ uczniowie wielu szkół otrzymali wolne, a zakłady pracy obowiązkowo wysyłały swoich pracowników na to wydarzenie. Punktualnie o godzinie 15 ówczesny minister obrony narodowej Marian Spychalski dał wyraźny sygnał do oficjalnego rozpoczęcia przemarszu tysięcy żołnierzy.
Polskie oddziały zaprezentowały się na samym końcu tej uroczystości. Pancerne maszyny wyruszyły zaraz po piechocie i artylerii, chociaż wcześniej zupełnie nie przeprowadzono żadnych prób przejazdu. Dowództwo nakazało pośpiech ze względu na przedłużającą się uroczystość oraz chłód doskwierający ważnym gościom. Ciężki sprzęt pędził z prędkością 30 km/h, przekraczając znacznie ustalone wcześniej limity bezpieczeństwa. Zafascynowane widowiskiem maluchy stały w pierwszym rzędzie i z radością pozdrawiały wszystkich przejeżdżających wojskowych.
Koszmar rozegrał się w pobliżu szkoły przy alei Piastów. Ostatni pojazd wpadł w niekontrolowany poślizg na szynach tramwajowych. Ważąca ponad 30 ton maszyna uderzyła bokiem prosto w zgromadzonych widzów. Gdy czołg cofnął, oczom zebranych ukazały się zmiażdżone ciała dzieci. Zrozpaczeni świadkowie chcieli zlinczować żołnierzy, ale ci zatrzasnęli włazy w oczekiwaniu na interwencję milicji.
Wieloletnia nauczycielka ze Szkoły Podstawowej nr 1 tak wspominała te dramatyczne chwile po latach. „Na gąsienicy było rozmiażdżone, dosłownie rozmiażdżone, dziecko. Poznałam, że to mój uczeń, ponieważ miał charakterystyczne ubranie, a mianowicie spodenki w bardzo jaskrawych kolorach".
Parada została natychmiast przerwana, a poszkodowanych przewieziono do placówek medycznych. Państwo całkowicie zrezygnowało z jakiegokolwiek śledztwa. Władzom zależało na zatajeniu prawdy przed resztą kraju.
Kobieta opisała również bezpośrednią reakcję służb po wypadku. „Zamknęli nas w szkole. Wówczas podano nam, że zginęło tylko jedno dziecko, 8-letni chłopiec" dodała cytowana nauczycielka.
Faktyczny bilans ofiar wyniósł siedmioro dzieci. Byli to Bogusia, Leszek, dwaj chłopcy o imieniu Rysio, Henio, Fryderyk oraz Marian w wieku od 7 do 12 lat. Z kuluarowych informacji wynikało, że zmarły jeszcze trzy osoby przetransportowane do pobliskich szpitali.
Katastrofa pociągów pod Piotrkowem Trybunalskim przyćmiła wypadek czołgu
Tego samego dnia około godziny 21.30 doszło do zderzenia dwóch składów pasażerskich, w wyniku którego śmierć poniosły 34 osoby. Wiadomość o tym zdarzeniu lotem błyskawicy dotarła do najwyższych władz partyjnych. Zaskoczeni dygnitarze, tacy jak Władysław Gomułka, Edward Gierek czy Józef Cyrankiewicz, otrzymali ten meldunek podczas burzliwej narady. Właśnie wtedy usilnie debatowali nad rozwiązaniem wizerunkowego kryzysu wywołanego szczecińską masakrą.
„Władze postanowiły wykorzystać ten zbieg okoliczności" powiedział w rozmowie z tygodnikiem „Newsweek" Paweł Miedziński ze szczecińskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej. Jak zaznaczył w wywiadzie, „Rozmiar katastrofy pod Piotrkowem posłużył do odwrócenia uwagi od tragedii na defiladzie".
Kolizja pociągów nastąpiła przy fatalnej aurze. Mżył deszcz, a widoczność ograniczała gęsta mgła. W okolicach miejscowości Jarosty kierujący składem jadącym z Warszawy do Budapesztu zauważył czerwone sygnały. Na jego drodze leżały przewrócone wagony pociągu relacji Gliwice-Warszawa, który tuż przedtem wypadł z sąsiedniego toru. Pracownicy kolei próbowali ostrzegać go przy użyciu latarek, jednak fatalne warunki atmosferyczne uniemożliwiły mu szybką reakcję i maszyna z impetem uderzyła w przeszkodę.
Wysoka liczba ofiar śmiertelnych wynikała w dużej mierze z tragicznej organizacji działań ratowniczych. Medycy potrzebowali ponad godziny, aby pokonać zaledwie siedem kilometrów. Życie straciło tam znane małżeństwo - ekspert od skautingu Laszlo Teleki oraz jego partnerka Eva, która zginęła natychmiast. Ranny mężczyzna przez kilkanaście godzin sygnalizował swoje położenie w zgniecionym wagonie poprzez rytmiczne stukanie. Uratowano go dopiero nad ranem, ale transportujący go ambulans uległ awarii, zmuszając służby do wykorzystania autobusu. Ranny pasażer zmarł w szpitalu dziesiątego października.
W przeciwieństwie do incydentu z czołgiem określanego jako zwykła kolizja drogowa, wypadek kolejowy badano ze starannością. Śledztwo prowadzono z ogromnym rozgłosem. Prasa informowała o pękniętej szynie pod składem z Gliwic, a dziennikarze chętnie opisywali polityków troskliwie odwiedzających rannych pacjentów na oddziałach.
Temat najmłodszych ofiar ze Szczecina zamilkł. Rozjechane maluchy miały zupełnie zniknąć z kart powojennej historii.