Spis treści
Do zbrodni miało dojść w 2002 roku, ale sprawa ujrzała światło dzienne dopiero 15 lat później. Przełom nastąpił po odnalezieniu listu, rzekomo napisanego przez Zbigniewa B. przed śmiercią, w którym szczegółowo opisał morderstwo z udziałem innych osób. Aby zachować milczenie, uczestnicy mieli zbezcześcić zwłoki i zjeść fragmenty ciała. Śledczy ustalili, że zbrodnia mogła mieć miejsce między lipcem a październikiem 2002 roku. Dramat rozpoczął się w miejscowości Łasko niedaleko Choszczna (woj. zachodniopomorskie). Pięciu mężczyzn: Robert M., Janusz Sz., Sylwester B., Zbigniew B. oraz Rafał O. miało spożywać alkohol i posiłki w lokalnym barze.
Brutalny atak i rytualny akt kanibalizmu pod Choszcznem
Prokuratura Okręgowa w Szczecinie w akcie oskarżenia podała, że w trakcie alkoholowej imprezy oskarżeni zauważyli ofiarę, z którą Robert M. miał zatarg finansowy. Robert M. wywabił mężczyznę z lokalu i ciężko go pobił. Gdy pobity nie miał już sił się bronić, został wciągnięty do samochodu Zbigniewa B., skąd wszyscy podejrzani udali się nad jezioro Osiek w województwie lubuskim.
Według śledczych to Robert M. zainicjował rozpalenie ogniska i kazał Zbigniewowi B. dokończyć pobicie. Zgodnie z wersją prokuratury, Zbigniew B. uderzał ofiarę bez przerwy, a ostatecznie poderżnął jej gardło. Na polecenie Roberta M. ofiara została pozbawiona głowy, obnażona i rozcięta. W celu zawarcia paktu milczenia odcięto pięć kawałków ciała, które upieczono nad ogniem na kijkach. Zwieńczeniem makabrycznego rytuału miało być zjedzenie ludzkiego mięsa.
Jak podają śledczy, Robert M. i Zbigniew B. zawinęli resztki zwłok w folię, dociążyli kamieniami i wrzucili do jeziora, wypływając pontonem z dala od brzegu. Resztę mięsa rzekomo podzielono, a sprawcy rozeszli się do domów, zabierając również ubranie zamordowanego. Jak informował „Onet”, Rafał O. miał poczęstować swojego współlokatora, Stanisława R., przyniesionym mięsem, okłamując go, że to królik. Jednak Stanisław, który wcześniej hodował króliki, po smaku zorientował się, że to inne mięso. Ostatecznie resztki trafiły do psa, a Janusz Sz. wyjawił Stanisławowi prawdę po trzech miesiącach.
Milczenie trwało 15 lat. W 2017 roku policja natrafiła na trop rzekomych kanibali, choć prokuratura nie ujawniła w akcie oskarżenia dokładnych szczegółów. Według doniesień medialnych przełom nastąpił dzięki e-mailowi rzekomo napisanemu przez nieżyjącego już od pół roku Zbigniewa B. i wysłanemu na policję w Choszcznie. Mail zawierał dokładny opis zabójstwa i nazwiska sprawców. Choć Zbigniew B. już wcześniej opowiadał o zbrodni w swojej wsi, nikt mu nie wierzył. Dopiero po otrzymaniu wiadomości funkcjonariusze zajęli się sprawą. Nierozwiązaną zagadką pozostaje to, kto faktycznie wysłał maila w imieniu zmarłego.
Śledztwo "Lecter": brak ciała, nazwiska i twardych dowodów
Sprawę przejęła Komenda Wojewódzka Policji w Szczecinie pod kryptonimem „Lecter”, nawiązującym do postaci słynnego kanibala z popkultury. Mimo przesłuchań i poszukiwań śladów, dowodów praktycznie nie było. Główny podejrzany, Robert M., nie przyznawał się do winy i twierdził, że nie ma pojęcia o liście. W jego domu nie zabezpieczono żadnych dowodów łączących go z morderstwem. Prowadził on spokojne życie i nie miał przeszłości kryminalnej. Policja, za pomocą podsłuchów założonych po otrzymaniu maila, nagrała podejrzanych umawiających się, by nic nie mówić mundurowym o swoich wcześniejszych miejscach pobytu.
W nagraniach nie było bezpośrednich wzmianek o kanibalizmie czy morderstwie. Robert M. twierdził, że rozmowy dotyczyły niewyjaśnionego dachowania, które rzekomo zataili z powodu braku prawa jazdy u jednego z pasażerów. Choć policja potwierdziła fakt wypadku, uznała tłumaczenia za niewiarygodne. Według aktu oskarżenia cytowanego przez „Onet”, moment nagrań zbiegł się z przesłuchaniami ws. morderstwa, a w dachowaniu nie było poszkodowanych, co czyniło obawy o ujawnienie kolizji bezzasadnymi. Założono, że podejrzani rozmawiali o zbrodni.
W toku śledztwa pojawiło się więcej wątpliwości. Pojazd, którym rzekomo transportowano ofiarę, zniknął (prawdopodobnie trafił na złom), a odnaleziony ponton, badany pod kątem śladów krwi, okazał się wyprodukowany co najmniej 9 lat po domniemanym morderstwie. Te dowody zostały zignorowane.
Ciała ofiary nigdy nie zlokalizowano. Pomimo użycia sonarów, kamer i pracy nurków, przeszukania jeziora zakończyły się fiaskiem. Akt oskarżenia sugerował, że szczątki mogły zapaść się w mulistym, niestabilnym dnie, jednak nie poparto tego żadnymi dowodami.
Brakowało zarówno zwłok, jak i tożsamości ofiary. Tropem stała się ludzka czaszka, znaleziona w marcu 2017 roku w Jeziorze Górnym w Strzelcach Krajeńskich. Początkowo oceniano, że należy do mężczyzny w wieku 45-55 lat, zmarłego od kilku do kilkunastu lat wstecz. Jednak kolejna ekspertyza wykluczyła możliwość dokładnego określenia czasu zgonu, przyczyny śmierci, a nawet płci.
DNA z odnalezionej czaszki nie pasowało do śladów na czapce z domu Rafała O. Ustalono tożsamość osoby, do której należało DNA z czapki, ale nie był to nikt zaginiony, co zamknęło kolejny ślepy zaułek.
Przeszukiwania baz osób zaginionych w Polsce i za granicą nie przyniosły rezultatu. Również badanie konfliktów finansowych Roberta M. i Zbigniewa B. oraz wywiady z sąsiadami nie dostarczyły istotnych poszlak.
Rafał O. przyznaje się do winy. Robert M. skazany na 25 lat
Kluczowe dla sprawy okazało się zeznanie Rafała O., który niespodziewanie wziął na siebie winę. Opowiedział o zbrodni, ale nie potrafił podać tożsamości ofiary ani motywu zbrodni. Podał lokalizację, w której rzekomo porzucono szczątki, ale poszukiwania jeziora nie ujawniły żadnych śladów zwłok.
Rafał O. miał zdiagnozowane zaburzenia pamięci, lekkie upośledzenie oraz chorobę alkoholową. Prokuratura uznała jednak, że jego zeznania są wiarygodne, powołując się na opinię biegłych, wykluczających tendencję do zmyślania. Jego relacja stanowiła filar oskarżenia, choć w społeczeństwie budziła wiele pytań.
Śledczy zbierali również informacje od mieszkańców. Część z nich, w tym matka Zbigniewa B., uważała go za niewiarygodnego fantastę. Twierdziła ona w rozmowie z Onetem, że jej syn nigdy nie miałby czegoś takiego na sumieniu i na pewno by się tym pochwalił. Inni sąsiedzi zgadzali się z jej opinią.
Rafał O. później odmówił komentarza dla mediów, chociaż, jak przypomniał Onet, wcześniej w TVN krzyczał, że policja zmusiła go do zeznań i że nie zjadł ludzkiego mięsa. O tym incydencie później milczano.
Najbliżsi Roberta M. byli w szoku, uważając go za niewinnego i wierząc, że brak dowodów zakończy sprawę. Zamiast tego, proces doprowadził do ostracyzmu społecznego, zmuszając dzieci podejrzanego do zmiany szkoły. Robert M. spędził dużo czasu w areszcie, po czym odpowiadał z wolnej stopy, by ostatecznie usłyszeć wyrok skazujący.
Jeden z policjantów powiedział w rozmowie z "Onetem", że sprawy o morderstwo bez ciała się zdarzają, ale bez tożsamości ofiary to rzadkość. Podobne zdanie na temat sprawy z Choszczna mają prawnicy.
Oskarżono czterech mężczyzn: Roberta M., Sylwestra B., Janusza Sz. i Rafała O. Zbigniew B. nie żył. We wrześniu 2021 r. Sąd Okręgowy w Szczecinie skazał Roberta M. na 25 lat więzienia za kierowanie zbrodnią. Postępowanie wobec pozostałych umorzono z powodu braku udziału w samym zabójstwie, a zarzuty o zbezczeszczenie zwłok się przedawniły. Mimo apelacji opartej na poszlakowym charakterze sprawy, Sąd Apelacyjny i Sąd Najwyższy podtrzymały wyrok.
Sąd Najwyższy uzasadnił, że brak identyfikacji ofiary nie uniemożliwia skazania w polskim systemie prawnym. Sędzia Marek Pietruszyński podkreślił, że ocena dowodów pozwoliła na przypisanie winy Robertowi M. Decyzja uprawomocniła się w połowie 2024 roku. Wyprowadzany Robert M. skomentował, że skazano go za nic, a jego matka bezskutecznie próbowała protestować, twierdząc o jego niewinności.
Temat wciąż wywołuje dyskusje w internecie, z licznymi głosami wątpiącymi w prawdziwość wydarzeń. Niemniej jednak, wymiar sprawiedliwości uznał dowody za wystarczające, utrzymując w mocy wyrok 25 lat pozbawienia wolności dla Roberta M.