Spis treści
Nie uchodził za pirata drogowego
Dziennikarze programu „Uwaga!” TVN dotarli do znajomych Adriana K. Z ich relacji wyłania się obraz spokojnego człowieka, który absolutnie nie przypominał drogowego szaleńca. Mężczyzna pochodzący ze Stargardu zarabiał na życie jako spawacz w Danii. Swój wolny czas dedykował rodzinie i pracom przy budowie własnego domu.
– Adrian z zawodu jest spawaczem, pracuje w Danii. Zwykły robotnik. Ma tylko citroena „chrupka”. Nigdy nie wyjeżdżał spod domu z piskiem czy dużą prędkością – relacjonował przed kamerami pan Piotr, sąsiad zatrzymanego.
Podobny szok przeżywają jego bliscy znajomi, dla których okoliczności tego makabrycznego zdarzenia są zupełnie niepojęte.
– Nigdy nie słyszałam, żeby lubił prędkość, czy w ogóle, że interesuje się motoryzacją. To było dla mnie zaskoczenie. 270 km/h? Podejrzewam, że to było napędzanie przez drugą osobę – tłumaczyła reporterom TVN pani Milena, przyjaciółka sprawcy.
Dramat na trasie S10
Do tragicznych wydarzeń doszło w niedzielę, 6 października, w godzinach wieczornych na drodze S10 niedaleko węzła Kobylanka. 67-letni pan Andrzej podróżował toyotą z żoną – małżeństwo wracało ze Szczecina do Drawska Pomorskiego, jadąc w pełni zgodnie z przepisami ruchu drogowego.
Z policyjnych ustaleń wynika, że w tym samym czasie Adrian K. pędził BMW XM. Prędkościomierz mógł wskazywać zawrotne 271 km/h. Luksusowy SUV wbił się w tył prawidłowo jadącej toyoty. W wyniku potężnego uderzenia pan Andrzej zginął na miejscu, a jego ciężko ranna żona musiała zostać przetransportowana do szpitala.
Śledczy poinformowali, że sprawca zaraz po wypadku uciekł z miejsca tragedii, nie udzielając pomocy poszkodowanym.
– Kierowca zbiegł z miejsca zdarzenia. W niecałą godzinę został przywieziony do Komendy Powiatowej Policji w Stargardzie i wówczas został zatrzymany – tłumaczyła w reportażu „Uwagi!” prok. Julia Szozda, reprezentująca Prokuraturę Okręgową w Szczecinie.
Pasażerem był właściciel luksusowego BMW
Niezwykle bulwersującym elementem tej sprawy jest zachowanie pasażera. Na prawym fotelu siedział 45-letni Marcin P., do którego należało potężne BMW. Jak ustalono, mężczyzna na bieżąco rejestrował szaleńczą jazdę telefonem i według nieoficjalnych informacji dopingował kierowcę do wciskania gazu.
Właściciel pojazdu nie uciekł – został ujęty na miejscu. Badanie trzeźwości wykazało u niego ponad dwa promile alkoholu.
Wymiar sprawiedliwości zadziałał błyskawicznie. Wobec obu zatrzymanych skierowano wnioski o tymczasowe aresztowanie, które sąd natychmiast rozpatrzył pozytywnie.
– Sąd w pełni podzielił argumentację prokuratora i przychylił się do wniosku o zastosowanie tych środków zapobiegawczych – potwierdziła na antenie Radia ESKA prok. Julia Szozda.
Jedna chwila zrujnowała wszystko
Osoby z otoczenia 43-latka nie są w stanie zrozumieć, jak spokojny ojciec mógł dopuścić się tak potwornego czynu na S10. Twierdzą zgodnie, że ten jeden moment bezpowrotnie zniszczył jego życie.
Jeszcze chwilę przed tragedią był to zwykły spawacz zarabiający za granicą i troskliwy ojciec dorastającego syna. Ludzie z sąsiedztwa wspominają, że własnoręcznie stawiał dom i stronił od kłopotów. Jednak materiał wyemitowany przez „Uwagę!” TVN bezlitośnie obnaża brutalną prawdę: chwila nieodpowiedzialności za kierownicą potężnego auta sprawiła, że człowiek o doskonałej opinii w mgnieniu oka stał się sprawcą śmiertelnego wypadku.
Nawet 20 lat za kratami
Jak przekazano w szczecińskiej Prokuraturze Okręgowej, Adrian K. konsekwentnie nie przyznaje się do popełnienia zarzucanego mu czynu i odmawia składania jakichkolwiek wyjaśnień. Przez zaostrzone na początku roku przepisy Kodeksu karnego, mężczyźnie grozi potężny wyrok.
– Aktualnie od stycznia bieżącego roku zmieniły się przepisy Kodeksu karnego i w takiej sytuacji, jak sytuacja podejrzanych, grozi kara pozbawienia wolności od pięciu lat do dwudziestu lat – poinformowała prokurator Szozda.
Dla pogrążonej w żałobie rodziny zmarłego najważniejsze pozostaje jednak to, że skrajna bezmyślność na drodze odebrała życie człowiekowi, który przez całe lata sam pomagał innym. Z kolei Adrian K., powszechnie uważany za porządnego pracownika, na zawsze zapisał się na kartach policyjnych kronik jako sprawca jednego z najbardziej wstrząsających wypadków w regionie.